Archiwum dla Lipiec, 2008

Własne życie bloga

Posted in Ogłoszenia on Lipiec 30, 2008 by metzli

W kwestii moich własnych refleksji o tym co tutaj ostatnio wyczyniam. Przypomniało mi się jaką miałam ogólną wizję w momencie zakładania bloga – będzie dotykał spraw polityczno-społecznych, może co jakiś czas pojawi się na nim recenzja. Teraz widać, że to co miała być tylko tłem, stało się motywem przewodnim. Blog zaczął żyć własnym życiem, nie oglądając się na to co ja sobie wcześniej obmyśliłam. Sama jestem ciekawa w którym kierunku teraz pójdzie. Ale nie ukrywam, sprawia mi to coraz większą frajdę.

Thomas M. Disch „Obóz koncentracji”

Posted in Literatura with tags , on Lipiec 30, 2008 by metzli

Chyba każdemu osobnikowi płci męskiej, gdy osiągnął już odpowiedni wiek zdarzyło się unikać w ten czy inny sposób służby wojskowej, z różnym skutkiem. W podobnej sytuacji znalazł się też główny bohater, Sacchetti. Jego położenie jest jednak o wiele bardziej poważne, Ameryka prowadzi wojnę, a odmowa przysłużenia się ojczyźnie jest karane więzieniem. Tam też trafia Sacchetti, żeby później zostać przeniesionym w inne miejsce, gdzie ludzie poddawani ściśle tajnemu eksperymentowi – dzięki któremu pod koniec swojego życia osiągają szczyty geniuszu ludzkiego, Sacchetti ma pełnić tam rolę obserwatora i wszystko zapisywać w swoim dzienniku.

Są książki, które zachwycają nas samym swoim początkowym pomysłem. Czytamy parę słów o takiej pozycji i od razu w naszej głowie pojawia się myśl: po tą książkę naprawdę warto sięgnąć. Obóz koncentracji zalicza się właśnie do takich. Zaciekawienie pomysłem autora, rosnące oczekiwania a później rozczarowanie.

Pierwsza sprawa to fakt, że już wielokrotnie można było się zetknąć ze scenariuszem przeprowadzania tajnych czy półlegalnych eksperymentów na ludziach. Z pominięciem etyki czy godności ludzkiej, a wszystko w imię rozwoju nauki. Pod tym względem nie jest to nowością, chociaż może w chwili wydania książki, 1968 rok, pomysł wydawał się o wiele świeższy, przez co bardziej interesujący. Dla mnie książka po pewnym etapie stawała się zwyczajnie nudna, a czytało się do końca tylko z ciekawości w jaki sposób cała sprawa zostanie zamknięta. A samo zakończenie jest, co tu dużo mówić, rozczarowujące. Coś co miało być w zamyśle nieoczekiwanym zwrotem akcji powoduje tylko pewien niesmak u czytelnika.

Czy książkę w takim razie należy omijać szerokim łukiem? Odpowiedź na to pytanie już nie jest taka prosta, bo mimo ewidentnych wad czy cech, które zniechęcają podczas lektury ma ona w sobie pewne elementy przyciągające. Disch ma bardzo sugestywny styl, czy to przez wykorzystaną formą – cała książka od początku do końca ma postać dziennika – od pierwszych stron jesteśmy wessani w ten zamknięty świat, w który został wciągnięty Sacchetti. Im dalej tym sytuacja wygląda coraz gorzej, kiedy wszystkie puzzle układanki zaczynają pasować co tylko pogarsza całą sprawę, powoli w coraz większym stopniu jesteśmy wciągani w ten nastrój beznadziei i chłodnej rozpaczy. Autor stawia w swojej powieści pytanie o miejsce geniuszu w życiu społecznym, podaje przykłady kiedy wielkie umysły nie potrafiły znaleźć się w normalnym życiu przeciętnego człowieka. Czy geniusz jest wytworem szaleństwa, niespodziewanym zjawiskiem i z punku widzenia całej zbiorowości tak naprawdę niepożądanym? Na pewno ma swoją cenę, co do przejaskrawienie pokazał w swojej książce Disch. Sam tytuł jest istotną grą słów, wiele osób, które brały do ręki tą książkę, w pierwszej chwili czytały Obóz koncentracyjny – co do charakteru obozu Archimedes nie odbiega zbyt daleko od prawdy.

Teraz wyszło na jaw, jak trudno mi wystawić ocenę końcową tej książce. Żadne warto sięgnąć czy omijać jak najdalej nie wydają się tutaj odpowiednie, czyli do końca zgodne z moimi odczuciami po lekturze. Gdybym miała wystawić ocenę w punktach w skali od 1 do 10 miałabym spory problem. Dobrze, że jestem na własnym blogu i choćby w najmniejszym stopniu zobligowana do takich ocen.

Sigur Ros „Med Sud I Eyrum Vid Spilum Endalaust”

Posted in Muzyka with tags on Lipiec 26, 2008 by metzli

Następna w kolejności recenzja, tym razem nie książki, ale muzycznego albumu. Chociaż nie jestem do końca przekonana czy te nędzne wypociny, jakaś próba przekazania swoich wrażeń po zapoznaniu się z konkretną pozycją można nazwać recenzją. Nie jestem znawcą, ktoś będzie mógł mi zarzucić, że tego nie ujęłam i tego a na to nie zwróciłam zupełnej uwagi. Ale z drugiej strony, w końcu to mój blog i mogę do woli wypisywać tutaj swoje bzdurki.

Z zespołem zetknęłam się dwa lata temu, wstyd przyznać, że dopiero wtedy, ale wychodzę z założenie, że lepiej późno niż wcale. Zatem pierwszy kontakt dwa lata temu, podczas ówczesnej edycji openera, może trochę niekonwencjonalny sposób, sam fakt, że wówczas na ten festiwal pojechałam niejako w ciemno. Kojarząc tak naprawdę jeden występujący wtedy zespół, a nie chodziło o Sigur Ros. Ale pomimo tego, że nie znałam ich wcześniej, musiałam przyznać, że dali świetny koncert. Do dzisiaj jest co wspominać i być zadowolonym z faktu, że było się wtedy w tym konkretnym miejscu. Po powrocie do domu nadszedł czas, żeby bliżej zapoznać się z ich muzyką. A jest ona pewnym fenomenem, jak ją sklasyfikować? Post-rock, alternatywa – takie określenia można znaleźć szperając po różnych serwisach. Jednak moim zdaniem nie oddają one w żaden sposób istoty tej muzyki. Ot, po prostu wygodne szufladki, najlepiej samemu się przekonać.

Nowy album, wypuszczony 23 czerwca, jest… inny, to pierwsze skojarzenie jakie przychodzi na myśl. Inny od tego do czego przyzwyczaili swoich fanów panowie od Róży Zwycięstwa. Bardziej energiczny, zagrany jakby z większą werwą, a także o wiele bardziej optymistyczny, wręcz ciepły. Sigur Ros gra na emocjach, przynajmniej moich. Ich utwory uwalniają pewne skojarzenia i nieważne w jakim języku śpiewają (na tym albumie ostatnio utwór jest po angielsku All Alright), bo to tylko swojego rodzaju nośnik. Bez względu na to jaki wybiorą, efekt jest ten sam. Tak też jest i tym razem.

Z brzęczeniem w uszach gramy bez końca, mniej więcej tak można przetłumaczyć tytuł tego albumu. I grają bez końca, przynajmniej w moim pokoju. Zakupiona przed kilkoma dniami płyta wciąż się kręci. Ciągle potrafię w niej odnaleźć coś nowego, coś dla siebie czego wcześniej nie zauważyłam. Rewelacja. Nie żałuję w żaden sposób wydanych pieniędzy, warto było. Dodam, że od tego albumu rozpoczynam kupowanie oryginalnych płyt swoich ulubionych wykonawców. Zgodnie z zasadą, że przyjaciół nie powinno się okradać.

Samuel R. Delany „Babel-17”

Posted in Literatura on Lipiec 21, 2008 by metzli

Granice mojego języka, są granicami mojego świata – ten słynny aforyzm sformułował kiedyś Ludwik Wittgenstein, a jego sens wykorzystał w swojej książce Samuel R. Delany. Sojusz toczy wojnę z Najeźdźcami, podczas której dochodzi do aktów sabotażu. To co udaje się wyłapać to niezrozumiałe transmisje w nikomu nieznanym języku – do jego rozszyfrowania zostaje zatrudniona znana poetka i lingwistka, Rydra Wong.

Według tak przyjętej tezy język jest miernikiem rozwoju konkretnej cywilizacji, im jest ona bardziej rozwinięta, tym za pomocą języka można więcej i dokładniej przekazać. Babel-17 jest bardzo zwięzły, wręcz upakowany – za jego pomocą można wyrazić o wiele więcej myśli, znaczeń, szybciej przekazać polecenia. Kiedy główna bohaterka przechodzi na Babel-17 świat wokół niej zwalnia, ruchy, mowa innych osób są nagle przeraźliwie powolne. Jedno słowa w zamian za kilkanaście niepotrzebnych innych, które tylko zaśmiecają przekaz. Jeśli opanuje się taki język – można automatycznie przeskoczyć o szczebel wyżej w ewolucji. Jak twierdzi autor za pośrednictwem swoich bohaterów – same słownictwo wystarczy aby ktoś pełnił określony zawód, język w tym momencie determinuje kim jesteśmy, jakie przyjmujemy role.

Jednak jak słusznie zauważa Marek Oramus w zamieszczonym posłowiu – jest tu pewna idealizacja i główny element fiction w tej książce. Konkretny język nie istnieje w próżni tylko ma swoje zamocowanie kulturowe, a sama znajomość słownictwa i gramatyki nie wystarczy, aby swobodnie się nim posługiwać. I czerpać takie korzyści jak Rydra Wong. Niemniej jednak po lekturze, Babel-17 pozostaje zawieszone pytanie o rozwój języka a co za tym idzie – rozwój naszej kultury. Szczególnie w sytuacji gdzie można się dopatrywać powszechnego upraszczania przekazów słownych, aby niepotrzebnie nie zanudzać widza czy czytelnika. Dzięki takim procederom człowiek upraszcza sobie samą rzeczywistość. Która można powiedzieć istnieje obiektywnie, jednak sposób w jaki na nią patrzymy determinuje nasze oceny, fakt, że nie potrafimy do końca ją opisać stwarza problem niezrozumienia i chęć jej upraszczania. Z drugiej strony mamy ciągle niedoskonały nośnik jakim jest język z jego błędami, strukturą i formą.

Nie powiem, że książkę czytało mi się lekko. Cóż, może sama natrafiłam w niej na moje własne ograniczenia. Jednak w ogólnej ocenie, warto było po nią sięgnąć, nie przejmując się, że to kolejna pozycja, która powstała pięćdziesiąt lat wcześniej. Następna, która z próby czasu wychodzi obronną ręką. Warto się z nią zapoznać nie tylko z szacunku dla pozycji klasyki science fiction.

Fragmenty, fragmenty

Posted in Literatura on Lipiec 15, 2008 by metzli

Kiedyś, powiedzmy jeszcze jakieś pół roku temu, nie sięgałam w ogóle po fragmenty książek, które są zamieszczane w internecie. Mam tutaj na myśli takie, które mają wyjść za kilka, kilkanaście dni i w ramach małej promocji wydawca zgadza się, aby jakaś część pojawiła się w internecie.

Wcześniej czytanie fragmentów takiej książki uważałam za bezcelowe, bo jeśli wzbudzi ona moje zainteresowanie to i tak ją kupię. Ale teraz coraz częściej zdarza się, że decyduję się na zakup po przeczytaniu małego fragmentu. Dodajmy do tego interesujący opis wydawcy, jak jeszcze trafi się ciekawa recenzja (najlepiej osoby, którą znam i której gusta czytelnicze są mniej więcej tożsame z moimi) – można być pewnym, że taka książka przy pierwszej wizycie w księgarni wyląduje u mnie w torbie. A później na półce.

Mówię cały czas o książkach fantastycznych, bo szczerze mówiąc nie zaglądam na portale gdzie możliwe jest zamieszczanie fragmentów książek z gatunku literatury pięknej. Sięgam zazwyczaj do Katedry, ostatnio przeczytane przeze mnie to zamieszczone tam dwa: jeden z książki Discha Obóz koncentracji oraz drugi Wattsa Ślepowidzenie

Ray Bradbury „451′ Fahrenheita”

Posted in Literatura on Lipiec 14, 2008 by metzli

Kolejna z książek wydana przez wydawnictwo Solaris w serii wznowień klasyków literatury science fiction. Bardzo dobra to praktyka i o ile książki takie potrafię kosztować nieco więcej niż zwykle, co niektórych może zniechęcać, to dzięki temu możemy dostać książkę w nowym, ładnym wydaniu. I co najważniejsze nie tracić czasu na bieganie po antykwariatach czy szukanie na serwisach typu allegro.

451′ Fahrenheita jest antyutopią, wcześniej, szczególnie w Polsce mogła być odbierana jako książka pisana przeciwko komunizmowi, czy też szerzej przeciwko jakiemukolwiek totalitaryzmowi, który zniewala pojedynczą jednostkę. Inaczej się ją odbierało pięćdziesiąt lat temu a inny odbiór może być zauważany teraz. Posunę się nawet do stwierdzenia, że obecnie ta książka jest o wiele bardziej aktualna. Poruszana w niej wizja świata może obecnie być bliższą niż była w dniu pierwszego wydania, blisko pięćdziesiąt pięć lat temu.

Tytułowe 451′ Fahrenheita to temperatura zapłonu… papieru. Świat, który roztacza przed czytelnikiem Bradbury jest światem, który zostawił gdzieś za sobą swoją kulturę i całą przeszłość. Książki są palone, stworzono do tego odpowiednią sekcję Strażaków, którzy zamiast gasić pożary je wzniecają. Za posiadania w domu choćby małego szczątka zapisanego papieru grozi aresztowanie a nie często nawet spłonięcie razem z całym swoim dobytkiem. Pozostałe media służą jedynie rozrywce czy raczej ogłupianiu, tak aby człowiek nie musiał, nie chciał myśleć samodzielnie.

Tak się składa, że przeczytanie tej książki zbiegło się w czasie z dotarciem przeze mnie do artykułu zamieszczonego w świątecznej GW, autorstwa pani Barbary Skargi „Wiedza najszczytniejsza”. Cały tekst traktował o humanistyce wobec współczesnej cywilizacji – gdzie wszystko musi być coraz częściej modernizowane i stechnicyzowane, a jeśli nie da się pewnych nauk przekłuć od razu w konkretny rezultat są one traktowane jako gorsze czy nieprzydatne. Pozwolę sobie tutaj zacytować dłuższy fragment tego artykułu: Nie chcę używać kasandrycznego tonu, ale zbyt wiele faktów przemawia za tym, że ten stechnicyzowany świat nastawiony na konsumpcję i służącą jej modernizację, negliżując humanistyczne wartości i humanistyczną wiedzę, która wartości te rozwija i pielęgnuje, doprowadzi, co już widać, do zacieśnienie horyzontów, skupienia się na wąskich interesach, a przede wszystkim do zubożenia języka, uniformizacji gustów na niskim poziome, standaryzacji wyobrażeń itd., itd. Idziemy prostą drogą do takich czasów, w których najnowocześniejsza poligrafia będzie służyła powielaniu komiksów, wideo i telewizja – do oglądania głupich filmów i pornografii, prasa i internet – do rzucania wymyślnych inwektyw na politycznych przeciwników (…).

Te dwa teksty, chociaż przecież powstały zupełnie niezależnie od siebie w jakiś sposób ze sobą korespondują – oba dotykają mniej więcej tego samego problemu. Każdy z trochę innej perspektywy, ale nie jest moim celem żeby teraz je oba porównywać. Przez czysty przypadek przeczytałam oba w mniej więcej tym samym czasie. Nie chcę również tutaj silić się na podsumowywanie naszej cywilizacji, jaką ona jest w dniu dzisiejszym – nie mam takich ambicji ani wiedzy żeby to robić. Kiedy powstała telewizja głoszona szybki schyłek radia i chyba przede wszystkim książek. Nic takiego nie nastąpiło, ale może jest to proces, który wymaga więcej czasu? Fakt, że tych czytających jest coraz mniej i możliwe, że kiedyś nastąpi taki dzień kiedy książki będzie można oglądać jedynie w muzeum. Nie chcę też wpadać tutaj w moralizatorski ton czy stawiać się na jakieś uprzywilejowanej pozycji tylko dlatego, że czytam więcej niż by to wskazywała przeciętna obywatela. Mogę tylko polecić 451′ Fahrenheita, książki, która wytrzymała próbę czasu. A zawarte przez autora pytanie w fabule nie przestają być do dzisiaj aktualne lub to dopiero dzisiaj stają się takie naprawdę. Wcześniej można to było potraktować jako prawdziwą wizję science fiction, przy postępującym stanie rzeczy dla niektórych może stać się niedaleką przyszłością. Takie apokaliptyczne wizje już nie wstrząsają, wielokrotnie już można było z nimi mieć styczność. Mimo wszystko po pozycję warto sięgnąć, choćby żeby przyjrzeć się jak konsekwencje odrzucenia dorobku kulturalnego stawia Bradbury.